Coś dla ciała i dla ducha – Pinakoteka – KRAKÓW, ul. Dolnych Młynów

Restauracja o której przeczytacie poniżej znajduje się na Dolnych Młynów w niegdysiejszej fabryce tytoniu. Więcej o tej lokalizacji pisałem przy okazji recenzji Międzymiastowej (chętnych odsyłam tutaj).

Pinakoteka oprócz zapełniania żołądków organizuje również koncerty i wernisaże. My wybraliśmy się tam z chłopakami z pracy na szybkie piwo i jedzenie.

Lokal to jedno pomieszczenie z około 10cioma stolikami mieszczącymi od dwóch do ośmiu  osób. We czterech zajęliśmy stolik bliżej sceny i było nam wystarczająco wygodnie. Na jednej z półek zauważyłem różne gry planszowe, czekając na szamę można pyknąć sobie partyjkę np. w chińczyka.

Podczas naszej wizyty (marzec 2017) odbywał się koncert Krzysztofa Płonki (nie, nie planowaliśmy akurat tego terminu i wydarzenia), więc było trochę głośno – za głośno na rozmowy przy browarze – no ale koncert to koncert, a nie recytacja poezji.

Na dole postu znajduje się dopiska z lunchu z lipca 2017 oraz z kolacji degustacyjnej z lutego 2018. 

Kelnerka błyskawicznie podała nam zwięzłą i czytelną kartę A4 z daniami wylistowanymi na jednej stronie. Zdecydowaliśmy się na trzy przystawki i cztery burgery. Od razu muszę napisać iż nie jestem dumny ze swoich poniższych zdjęć – w środku panuje oświetlenie z którym aparatowa funkcja Auto nie radzi sobie, a ja ciągle nie mam czasu zgłębić tajników dobrej fotografii jedzeniowej.

  • Terrina z golonki (14 PLN) była zwarta, konkretna i z charakterem. Troszkę kwaśny i lekko słodki sos Picalilli, który częściej spotyka się jako dodatek do wołowiny niż świnki był doskonały, a podane w komplecie pieczywo smaczne i świeże.
  • Tatar z wędzonego łososia podany na chrzanowej śmietanie (18 PLN) był wyrazisty. Sz. poradził sobie z tą przystawką w oka mgnieniu i docenił pozytywnie walory smakowe.
  • M. postanowił wypróbować krem z ciecierzycy (11 PLN), który dzięki boczkowi pachniał trochę jak dobra grochówka. Dla mnie na plus, chłopakom też zupa smakowała. Chrupiące grzanki podano w oddzielnym słoiczku – ukłon w stronę tych co lubią sami dozować ilość pieczywa.

15 minut po zabraniu przystawkowych talerzy, na stołach pojawiły się burgery. Trzy klasyki i jeden Pinakoteka wyposażony dodatkowo w mozzarellę oraz boczek. Na zestaw oprócz buły z mięsem, składała się jeszcze mała porcja frytek oraz dwa słoiki: jeden z  Colesławem, drugi z miksem sałat.

Burger zdecydowanie charakteryzował się inną, lekko twardą, trochę zbyt mocno zgrillowaną/upieczoną i przez to łamiącą się bułką. Mięso w Pinakotece waży 150g, a nie 200g jak w wielu Krk przybytkach i niestety nie zostało przyrządzone wg naszego życzenia. Prosiliśmy o medium, wszystkie cztery okazały się jednak well done. Kotlety zrobiły się zbyt suche i pozbawione soków, ciężko w takim przypadku napisać cokolwiek o smaku wołowiny. Chyba pierwszy raz od bardzo dawna kompletnie nic nie skapnęło mi na drewniane pudełko w którym podany był cały zestaw. Mimo zaistniałej sytuacji buły zjedliśmy, bo ratowały je smaczne sosy oraz dodatki. Chrupiące fryty usmażone zostały w punkt i czuć było smak ziemniaka. Colesław i miks sałat z lekko słodkawym sosikiem bez zastrzeżeń.

Obsługująca nas kelnerka była uśmiechnięta i entuzjastyczna. Sztućce były rozkładane przed każdym z nas z osobna, co jakiś czas byliśmy pytani czy nam czegoś nie brakuje i czy wszystko jest w porządku. Po tym jak zwróciliśmy uwagę na poziom wysmażenia burgerów kelnerka przeprosiła nas i obiecała przekazać temat kucharzowi. Nie minęła nawet minuta jak do nas wróciła proponując w ramach rekompensaty wybrane przez nas shoty  – bez wahania przytaknęliśmy na wiśniówkę. Przyniósł nam je właściciel miejscówki, który również przeprosił za zaistniałą sytuację. To się nazywa profesjonalne traktowanie klienta.

Mimo drobnej wpadki z burgerami, do Pinakoteki jeszcze na pewno na spróbowanie innych dań z karty wrócę (wtedy też recenzję uzupełnię o kolejne pozycje), szczególnie iż wszystkie trzy przystawki prezentowały ponadstandardowy poziom.

Pinakotekę będę również polecał dalej, bo miejsca gdzie jesteśmy traktowani poważnie i z sercem należy doceniać. W restauracji panuje ten fajny, ciepły luz, nie ma nadęcia czy sztywnych reguł. Jest wesoło, otwarcie i tak po prostu ludzko. Wysoka zasłużona ocena końcowa. Idźcie i przekonajcie się sami na własne oczy, uszy i żołądki.


W lipcu 2017 wpadliśmy do Pinakoteki z chłopakami z pracy na lunch w cenie 20PLN. Tego dnia oferowany był chłodnik ogórkowy oraz karkówka z gotowanymi młodymi ziemniaczkami w mundurkach i surówką z marchewki.

Zimna zupa z kawałkami ogórków dobrze chillowała organizm w ten gorący dzień, porcja karkówki była wystarczająca i mięciutka, polana smacznym gęstym sosem.

Wizyta potwierdziła wysoki poziom serwisu i obsługi. Od momentu zajęcia miejsc do czasu zapłaty rachunku minęło 25 minut. To się nazywa ekspresowy lunch – dokładnie tak to powinno wyglądać.

Cóż tu więcej pisać. Było to uczciwe, smaczne, polskie jedzenie w atrakcyjnej cenie. Wyszliśmy najedzeni i zadowoleni, polecamy dalej.


W lutym 2018 Pinakoteka przeszła rewolucje. Z tej okazji właściciel Michał zaprosił nas na degustację nowych dań z 50% bonifikatą.

Zmiany dotknęły nie tylko karty, lecz również wnętrza, więc zanim przejdziemy do jedzeniowych konkretów zerknijcie poniżej jak tam teraz fajnie 😉

No dobra, żeby nie przedłużać czas na kilka(naście) zdań o jedzeniu.  Tuż po zamówieniu przystawek, na stole pojawiło się proste i smaczne gratisowe czekadełko w postaci świeżych bułeczek z pasztetem 🙂

IMG_0475

Połechtaliśmy żołądki i w miłej atmosferze przy piwku, drinku i herbatkach doczekaliśmy się naszych smakołyków:

  • tatar wołowy (19 PLN) w przedziwnym połączeniu z kwaśną śmietaną, strzępioną czerwoną cebulą oraz doskonale do wołowiny pasującym lekko korzennym sosem (chyba Worchester albo jakimś bardzo podobnym) był moim i P. wyborem. Wołowina prima sort, po wymieszaniu wszystkiego na jednolitą masę nie potrzebowałem ani soli ani pieprzu – jak dla mnie przyprawowy balans był idealny. Warto również wspomnieć o fantastycznych, maślanych tostach na ciepło. Mam tylko nadzieję, że normalnie tatar nie będzie mielony, ale jednak siekany. Właściciel poinformował nas również iż standardowo befsztyk będzie podawany na płaskim talerzu, a nie w głębokim tak jak podczas kolacji – to dobrze bo estetyka będzie na pewno na wyższym poziomie 🙂
  • J. skusiła się na „pikantny (mimo niewymieszania chili w całym talerzu) i bardzo gęsty” krem z marchwi z imbirem, chili, kolendrą i grzankami (14 PLN). „Porcja była bardzo satysfakcjonująca”. 
  • sałatkę wypatrzyła sobie K. To co ją charakteryzowało to: „kwaskowaty marynowany burak, pyszna, soczysta gruszka, zimny kozi ser, którego przydałoby się ciut więcej„, prażony słonecznik i orzechy włoskie. Na minus „bardzo mało sosu w sałatce (jedynie wyciśnięty z cytryny) przez co była zbyt sucha” – 24 PLN.
  • burger z krewetkami i kaczką (35 PLN). Bardzo nietypowy, gdyż wg słów kelnerki, filet z kaczki został zmielony wraz z krewetkami w pancerzykach (sztuk trzy na porcję). Dzięki takiemu zabiegowi, kotlet był niesamowicie lekki i delikatny – jakby ktoś mi go podał nie mówiąc z czego jest, to nie wiem czy bym nie celował w jakieś vegańskie produkty. Domowy sos na bazie musztardy z domieszką ketchupu robił doskonałą robotę, a bułka do samego końca wytrzymała próbę. To jest burger jakiego na pewno jeszcze nie jedliście. Minusem tego dnia jest wielkość, gdyż za ponad trzy dyszki facet sobie tym nie poje. Doceniam zamianę frytek na drugą fit sałatkę (pierwsza to Colesław), ale tym zabiegiem ktoś też „ukradł” 300-400 kcal…
  • J. jest niepoprawną fanką kaczki, więc bez zawahania skusiła się na pierś z kaczki w czerwonym winie i miodzie z pietruszkowym puree i bardzo, ale to bardzo słodkim miksem buraków i konfitury gruszkowej (39 PLN). Samo mięso zostało wychwalone przez konsumentkę pod niebiosa i okrzyknięte najlepszym jakie jadła w Krakowie. Ja jakoś specjalnie w kaczkach się nie lubuję, ale również moim zdaniem tą przyrządzono perfekcyjnie.
  • nad włoskim makaronem z fetą, bazyliowym pesto, arachidami, parmezanem i czosnkiem (24 PLN) K. również się pozytywnie rozpływała. Nie była to jedna wielka breja jak to czasem się zdarza, ale przemyślana, spójna i całkiem sycąca kompozycja. 

Kolację zakończyliśmy ciastem czekoladowym (14 PLN) oraz zimnym deserem który bardzo mi posmakował (i tylko mi bo dla reszty był zbyt kwaskowaty) mianowicie cytrynowym musem z korzenną kruszonką (12 PLN). Nie do końca pasowała mi w nim mini-granulkowa konsystencja, gdyż wolałbym bardziej kremową, ale w sumie to szczegół.

IMG_0493

Kolację zaliczyliśmy do jak najbardziej udanych.  Wybierzcie się do Pinakoteki i spróbujcie tych nowych smaków – szczególnie wariacji z kaczką – będziecie zadowoleni 🙂

OCENY (1-TRAGEDIA  2-SŁABO  3-OK  4-BARDZO DOBRZE  5-REWELACJA):

lokal / wystrój 4
wielkość porcji 3
smak 4
obsługa 5
cena / jakość 4

SUMA 20 (tutaj sprawdzisz co się składa na oceny)

Polub bezfarmazonu na facebooku aby być na bieżąco z nowymi postami.

 

Zobacz pełną listę odwiedzonych przez nas miejsc albo sprawdź je wszystkie na posegregowanej wg ocen mapie Krakowa i okolic.

Jedna myśl w temacie “Coś dla ciała i dla ducha – Pinakoteka – KRAKÓW, ul. Dolnych Młynów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s