Tutaj smog nie straszny – ORZO People Music Nature – Kraków, ul. Lipowa

img_0788

W piątkowy wieczór w marcu 2019 wpadliśmy we czwórkę do Orzo na driny i jedzenie. Okazja była nie byle jaka, bo urodziny przyjaciela. Dzięki temu, że mieliśmy zabukowany stolik, nie dołączyliśmy do grupy ponad dziesięciu osób sterczących przed wejściem  z nadzieją szybkiego upolowania wolnej miejscówki.

Po paru prośbach do kelnerów i kilku minutach oczekiwania, managerka „odczekowała” nas na liście i zaprowadziła do stołu. Karty dostaliśmy chwilę później – po szczegóły odsyłam tutaj.

Na start poprosiliśmy o dwie przystawki:

  • frytki z batata z kawałkami sera halloumi oraz salsą chipotle brava (26 PLN). Słodkie ziemniaki dobrze chrupały, a zamknięte w panierce małe, sześcienne kąski sera były bardzo mięciutkie. Dobre owszem, ale moim zdaniem nie warte kwoty na jaką zostały wycenione.

img_2041

  • piri piri Mamma’s chicken (30 PLN) czyli kilka sztuk udek z kurczaka, coś jakby grillowane kawałki kukurydzy, paprykowe kiełbaski oraz sosy: mayo i piri-piri. Na półmisku było różnorodnie, ale smakowo nic się specjalnie nie wyróżniało. Nasze odczucie były podobne jak w przypadku batatów – cena o 30% za wysoka.

img_2042

W międzyczasie raczyliśmy się lemoniadami i koktajlami. Nie polecamy Jager Mohito (28 PLN), gdyż po pierwsze: oprócz lodu nie wiem czy było w nim 100 ml jakiejkolwiek cieczy, po drugie Jagermeister chyba w ogóle nie trafił do środka – ani ja, ani D. go tam nie wyczuliśmy. Ze spokojnym sumieniem możemy natomiast zarekomendować lemoniady i Whisky Sour z niebiańską pianką (25 PLN).

W ramach dań głównych, wraz z D. skusiliśmy się na burgery.

  • ja poleciałem klasycznie i poprosiłem najbardziej standardowego Orzo Burgera (30 PLN). Przeciągniętemu o kilkadziesiąt sekund mięsu zabrakło zarówno pieprzu jak i soli, a sezamowa bułka była z całkiem innej bajki niż moje ulubione. Nie ma się co oszukiwać – do krakowskiego topu w tej kategorii to nie miał polotu, ale szczerze mówiąc ja nie miałem aż takich oczekiwań. Zawszę staram się myśleć i oceniać „na chłodno” i przez pryzmat ceny. Mimo iż wiele razy jadłem lepsze burgery, tak tutaj w cenie 30 złotych dostałem zestaw składający się z bugsa, niezłych frytek, coś jakby sałatki orkiszowej (bardzo dobrej) oraz oddzielnie podanego majonezu. W tej cenie to jest naprawdę dobry „deal”.
  • D. natomiast opędzlowywał Tidala (36 PLN), który oprócz tego, że miał czarną,  maślaną bułkę, to we wnętrzu dzierżył szarpaną wołowinę w panko! Ten bugs zaskoczył, był ciekawy, reprezentował inną szkołę, nie kopiował rynkowych pewniaków. Pomysł na takie przyrządzenie woła, bardzo mi się spodobał, a towarzystwo prażonej cebulki oraz sosu bbq zaakcentowało jego niezły smaczek. Dla mnie kocur.

img_2044

Dziewczyny raczyły się:

  • krewetkami i kalmarami baby w Prosecco z czosnkiem, masłem, chili, estragonem i piadiną (37 PLN) – owoce morza niegumowe, w sosie dało się wyczuć musujące wino weneckie. I. swoje zamówienie oceniła pozytywnie.

img_2049img_2048

  • kimchi fried orzo & shrimps (34 PLN) okazał się bowlem z domowym makaronem orzo, jajkiem mollet, warzywami (marchewką, burakiem, daikonem, kiełkami, czerwoną kapustą) i orzechami arachidowymi. Chrupkie warzywa, słodko – kwaśny limonkowy sos, jędrne krewetki zamknięte w czarnej panko oraz doskonała, domowa, lekka i puszysta piadina bardzo K. zasmakowała. Miałem okazję dokończyć 1/3 tej reprezentującej bogactwo wszelakich smaków i kolorów miski i przyznaję, że mi również bardzo spasowała.

img_2047img_2050

Mimo kompletnego, 100% obłożenia lokalu, nie czekaliśmy jakoś bardzo długo na jedzenie czy drinki. Pierwsze dania pojawiły się po dziesięciu minutach od zamówienia, a do następnych nie minęło nawet trzydzieści. W międzyczasie uprzejma kelnerka sprawdzała co u nas słychać. Do obsługi nie mogę mieć i nie mam kompletnie żadnych zastrzeżeń. 

Jeśli chodzi o smaki i kartę dań to czuję lekkie rozdarcie. Z jednej strony znajdziecie tam całkiem niezłe i relatywnie duże dania główne w bardzo konkurencyjnych cenach, z drugiej  bardzo proste, ale jednocześnie drogie przystawki nierzadko w kwotach pełnoprawnych dań.

W menu nie uświadczycie nudy i na pewno poszerzycie swoje kulinarne horyzonty o nowe smakowe doznania. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

To co przyciąga do tego miejsca to również sam lokal – jego architektura i „wyposażenie”. Przeczytacie o nim szerzej w poniższej relacji z początku 2018-tego.


Do ORZO wybieraliśmy się, wybieraliśmy i dotrzeć nie mogliśmy. W końcu w marcu 2018 wpadliśmy tam na sobotni obiad.

Przy samym wejściu znajduje się wyeksponowana kuchnia, a tuż koło niej pracownicy ogarniający rezerwacje i gości „z ulicy”. Nie ma zamieszania i swawolnego „latania” po sali w poszukiwaniu wolnych miejsc. Jako, że byliśmy tymi szczęściarzami posiadającymi rezerwację, zostaliśmy zaprowadzeni do naszego stolika – bez wcześniejszego umówienia musielibyśmy trochę poczekać w kolejce…

img_0787

To co od razu rzuciło nam się w oczy to naprawdę duża przestrzeń z wszech otaczającą zielenią i różnymi grafikami na ścianach i suficie. Widać ogrom pracy włożony w to miejsce! Rośliny są super pomysłem, gdyż jak powszechnie wiadomo przyczyniają się do zmniejszenia poziomu nieszczęsnego i szczególnie zimą dokuczającego smogu. ORZO tak pisze na swojej stronie:

„Przestrzeń restauracji wypełniają rośliny oczyszczające powietrze: areka żółtawa, epipremnum złociste, sansewieria gwinejska, bluszcz pospolity oraz zielistek Sternberga. Wnętrze ORZO to naturalnie gościnna miejska przestrzeń, zaprojektowana w taki sposób, by koić zmysły i poprawiać samopoczucie.”

img_0786

Widząc ten fajny wyposażony w różne kolorowe butelki bar, w kwestii napoi postanowiliśmy zaszaleć i spróbować czegoś innego niż woda czy pepsi.

img_0776

Pora była relatywnie wczesna, więc zdecydowaliśmy się na niealkoholowe napitki. Ja chciałem coś nie do końca słodkiego, wiec kelnerka doradziła mi Tropical Heat (17 PLN) – świeży sok grejpfrutowy, mus z marakui, sok cytrynowy. Koktajl trafił doskonale w moje upodobania.

K. poprosiła o lemoniadę z gruszką i szałwią (15 PLN), która na samym początku wydała się po prostu niedobra. Po minucie czy dwóch nastąpiło coś dla mnie nie do końca zrozumiałego – z każdym łykiem było lepiej i lepiej, aż docelowo zacząłem czerpać realną satysfakcję, ze spożywania tego napitku. Ciekawe doświadczenie muszę przyznać.

No dobrze czas przejść do jedzenia. ORZO ma bardzo interesującą kartę przez co decyzja odnośnie potraw nie należy do najłatwiejszych. Z owej karty zerkają na Was opisy dań wegańskich, owoców morza, mięs, kanapek, burgerów, pizz, past i innych smakołyków.  Zresztą zobaczcie sami tutaj.

Dzięki poradzie kelnerki udało nam się jednak osiągnąć konsensus i zdecydowaliśmy się na dania pierwsze i drugie. Po około 15 minutach od zamówienia, na stole pojawiły się:

  • krewetki i kalmary w sosie z oliwy, czosnku i chilli, z liściem laurowym podane z focaccią scrocchiarella (39 PLN) okazały się przyrządzonymi w punkt owocami morza zanurzonymi w czymś a’la ciepłej oliwnej zupie. W tejże polewce zaskoczył mnie bardzo mięciutki czosnek, który „wygrzebywałem” z rozpołowionej główki. Poniewierały się również gdzieś w czeluści kawałki cytryny… Sama jednak ciecz, jak na mój gust była zdecydowanie przesolona i stanowczo zbyt tłusta. 

img_0778img_0779

  • falafel z batata i żółtego buraka (27 PLN) to idealny przykład przystawki na Instagrama. Różnorodność kolorów i forma podania, aż się prosiła o kilka zdjęć.  Do czterech sztuk falafeli na patykach idealnie pasowała słodkawa salsa mango i lekko pikantny sos chilli. Hummus oraz pasta z czarnych oliwek (tapenada) doskonale  podchodziła wraz z ciepłą, domową focaccią (czy jak tam się to odmienia) o chrupiących brzegach i mięciutkim środku. Bardzo zaskakującym dla mnie smakiem była libijska sałatka tabbouleh której głównym składnikiem jest znienawidzona przeze mnie natka pietruszki. Oprócz niej występowała tam papryka, kasza bulgur, ogórek i chyba czosnek.

Super przystawka, a porcja spokojnie wystarczy na zaspokojenie pierwszego głodu dwóch albo nawet trzech osób.

img_0780img_0781img_0812

Tak między Bogiem, a prawdą po tych dwóch daniach moglibyśmy już wyjść, bo zapełniliśmy żołądki w 3/4 ich objętości. Ale nie, gdzież tam. Dawaj, dawaj nie przestawaj, trzeba jeść i próbować innych smakowitości…

Mieliśmy jednak chwilkę żeby „odsapnąć”, bo na nasze szczęście kelnerka z drugimi daniami pojawiła się dopiero po 25 minutach:

  • wędzony i pieczony mostek wołowy, wędzony ser Cheddar, kimchi, musztarda domowa z chipotle i chrzanem (33 PLN). O ja, o ja  – dawno nie jadłem takiej dobrej, sycącej i pożywnej kanapki. Kanapki innej niż wszystkie, bo podanej w tym specyficznym pieczywie – focaccia scrocchiarella. Na zdjęciu tego nie widać, ale w środku znajdowało się około 200 gramów konkretnego, pociętego w paski mięsiwa. Nie było ono super miękkie i delikatne „sous-vide’owane”, ale charakterne i zwarte. Lekkiej pikanterii całej bule dodawała cebula piklowa z nietypową lekko kwaskowatą przyprawą – sumakiem. Smak podbijały również konserwowe ogórki. Do zestawu dołączone były smaczne frytki w doniczce (w sumie mi to rybka czy są podawane w wiaderkach, kubeczkach, koszyczkach czy innych wynalazkach, najważniejsze aby był do nich wygodny dostęp) oraz wymieniona wcześniej sałatka tabbouleh.

img_0784img_0785

  • czarny makaron, krewetki, kalmary, białe wino, masło, pomidory cherry, czosnek, chilli, skórka z cytryny, natka pietruszki, parmezan (35 PLN). K. jadła z twarzą uśmiechniętą od ucha do ucha. Po spróbowaniu już wiedziałem czemu –  ten makaron był po prostu fenomenalny! Ugotowany idealnie w punkt, a każda jedna wymieniona powyżej składowa była wyczuwalna w smaku. Coś pięknego, serio.

img_0783img_0782

Wartym wspomnienia są też super wygodne sztućce. Może dla większości ludzi to szczegół, ja jednak bardzo doceniam „wygodne” wiosła 🙂

img_0777

Po skończonym obiedzie byliśmy tak najedzeni, że miałem obawy o to czy będę w stanie podnieść się z krzesła. Całe szczęście się udało, ale o deserach nie mogło być już mowy. Wcale jednak mnie to nie martwi – trzeba będzie wrócić i spróbować ich następnym razem 🙂

Tak więc idźcie, skryjcie się od smogu i odetchnijcie pełnymi płucami. Powinniście być zadowoleni.

ORZO trafia na naszą listę krakowskich pewniaków. Będziemy wracać i polecać.

* P.S. Do restauracji ORZO zostaliśmy zaproszeni, ale żeby była jasność – recenzja odzwierciedla nasze prawdziwe odczucia i tak jak zwykle fakt zaproszenia niczego w temacie szczerości opinii nie zmienia.

  • www: https://www.facebook.com/orzokrakow/
  • śniadania: w tygodniu do dowolnej kawy, śniadanie za złotówkę
  • lunche: pon-pt 12-17: codziennie zupa + jedno danie do wyboru z trzech + mini deser za 20 złotych (z lemoniadą 30 PLN)
  • parking: prywatny oraz publiczny przy ulicach obok, niepłatny
  • kącik dla dzieci: jest, a weekend oferowane są animacje dla wszystkich dzieciaków
  • taras / ogródek: jest bardzo duży

OCENY (1-TRAGEDIA  2-SŁABO  3-OK  4-BARDZO DOBRZE  5-REWELACJA):

lokal / wystrój 5
wielkość porcji 4
smak 3,5
obsługa 3,5
cena / jakość 3,5

SUMA 19,5 (jak przyznajemy szczątkowe oceny?)


Polub bezfarmazonu na facebooku aby być na bieżąco z nowymi recenzjami.

 

Zobacz pełną listę odwiedzonych przez nas miejsc albo sprawdź je wszystkie na posegregowanej wg ocen mapie Krakowa i okolic.

 

3 myśli w temacie “Tutaj smog nie straszny – ORZO People Music Nature – Kraków, ul. Lipowa

  1. Ten słoiczek z sałatką tabbuleh zupełnie jak w Aioli, trochę podpatrzone od konkurencji, nawet sposób podawania dań, też jak w Aioli, ale od ściąga się od najlepszych to nie jest źle, gorzej, jakby jedzenie było niedobre 😉 Fajne miejsce, podoba mi się wystrój. Bardzo podobny do Lalo w Ostródzie, moje klimaty zdecydowanie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Koncepcja super, wystrój oryginalny, jedzenie smaczne, niestety jedno, co mnie podczas wizyty w Orzo trochę zniechęciło to obsługa. Nie wiem, czy była to kwestia gorszego dnia czy po prostu osoba nas obsługująca była nowa, ale spotkaliśmy się z niewielkim „oporem” w kwestii współpracy 😉 Mimo wszystko, pewnie jeszcze tam wrócę, żeby potwierdzić lub obalić dotychczasową opinie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Bywam czasami na lunch – raz jest tak raz inaczej. Czesto te same dania sie od siebie roznia. Ale mimo wszystko jestem czestym gosciem na obiadach.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s